Nocni goście na kwaterze

 

Samochody dywizjonu podjechały do Noteci, przez którą przerzucony był drewniany most chroniony przez radzieckich saperów. Tuż za mostem, na terenach, które do wybuchu wojny należały do Niemiec, stała ogromna brama triumfalna z napisem: „Wot ona, proklataja Germania”. Tutaj na rozkaz dowódcy zarządzono krótki postój, gdyż przed zmierzchem należało dotrzeć do celu podróży – miejscowości Człopa.

 

 

            Dwudziestego drugiego lutego 1945 roku zwołano oficerów na odprawę. Dowiedzieli się wówczas, że czeka ich daleka droga przez Tomaszów Mazowiecki, Łódź, Łęczycę, Kłodawę, Sępolno, Słupcę, Wągrowiec i Czarnków do niewielkiej miejscowości Człopa położonej około 25 kilometrów na północ od Krzyża. W sumie około 600 kilometrów, które ze względu na brak dostatecznej ilości samochodów mieli pokonać koleją. Był to sygnał, że lada dzień opuszczą gościnny Radom.

            Do drogi przygotowywano się niezwykle starannie. Przed wymarszem sprawdzano i czyszczono broń i sprzęt – jak bowiem zakomunikowano oficerom na odprawie, na trasie można się było spodziewać spotkania z niedobitkami wojsk hitlerowskich – Wilkołakami ( oddziałami tzw. „Wehrwolfu” ), usiłujących przedrzeć się na zachód. Jak się później okazało, owe przygotowania nie trwały jednak zbyt długo, gdyż dwudziestego trzeciego lutego wytyczne wymarszu otrzymała kolumna 43 pułku na czele z porucznikiem Zawadzkim.

            Mijane przez polski dywizjon miasteczka m. in. Sępolno, Wągrowiec i Czarnków nosiły ślady niedawnych walk, toczonych przez wojska radzieckich 61 i 67 armii. Przy drogach walały się rozbite i spalone hitlerowskie czołgi i samochody. Sytuacja wyglądała nieco inaczej za Wieleniem, gdzie samochody dywizjonu podjechały do Noteci, przez którą przerzucony był drewniany most chroniony przez radzieckich saperów. Tuż za mostem, na terenach, które do wybuchu wojny należały do Niemiec, stała ogromna brama triumfalna z napisem: Wot ona, proklataja Germania ”. Tutaj na rozkaz dowódcy zarządzono krótki postój, gdyż przed zmierzchem należało dotrzeć do celu podróży – miasta Człopa. Z tej miejscowości droga wiodła już tylko na front.

            Na podstawie materiałów źródłowych możemy dowiedzieć się, jak wyglądał obraz Człopy widziany przez porucznika Zawadzkiego, tuż po wkroczeniu dywizjonu do miasta w lutym 1945 roku:

. . . Wśród ośnieżonych drzew widać zaledwie kilka budynków, nieco dalej ściana lasu – ot i cała Człopa. Jednak w tej chwili ruch jest tutaj ogromny. Żołnierze ustawiają pod drzewami i maskują samochody, łącznicy, gońcy, a nawet oficerowie i podoficerowie biegają we wszystkich możliwych kierunkach. Miasto jest przepełnione, stanął tu bowiem sztab 2 dywizji, sztaby 6 i 7 brygady, sztaby pułków i dywizjonów. Dla wszystkich potrzebne są pomieszczenia, a jest ich niewiele i zanosi się na to, że kanonierzy spędzą noc pod gołym niebem. Nie ma mowy o budowaniu ziemianek, czas na to nie pozwala, a i ziemia zamarznięta głęboko możliwość taką wyklucza . . . ”.

 

Ocalałe zabudowania Człopy w 1945 roku

 

 

 W ramach przypomnienia należy podkreślić, że stara zabudowa miasta, gdzie znajdowało się najwięcej domostw, została doszczętnie wypalona przez radzieckich żołnierzy, którzy przebywali w mieście od 3. II. 1945 roku. Opuszczona przez Niemców, a zarazem zdewastowana przez „ wyzwolicieli ” Człopa, przypominała w tamtym okresie gruzowisko – dlatego porucznik Zawadzki natrafił na trudności związane z zlokalizowaniem miejsca na nocleg dla swojego dywizjonu. Jak podają materiały . . . biegał on od budynku do budynku, mając nadzieje, że coś jednak znajdzie. Pod samym lasem udało się mu zająć dużą murowaną stajnię. Była pusta, chociaż ślady wskazywały, że jeszcze nie tak dawno stały tu krowy i konie . . . ”.  

            Po zapoznaniu się dywizjonu z sytuacją w terenie, samochody i działa postanowiono zabezpieczyć, pozostawiając je na terenie miasta. Odnaleziona stajnia okazała się na tyle obszerna, że pomieściła cały dywizjon. Resztki słomy posłużyły za posłania dla żołnierzy. Jak podają materiały, w środku nocy dostrzeżono sylwetki dwóch osób idących cicho przez stajnię.

 „ Nagle przybysze zobaczyli śpiących kanonierów, stanęli jak wryci, po chwili zaś spiesznie ruszyli w stronę drzwi. Gdy je otworzyli, słaba poświata padła na hełmy, charakterystyczne hełmy niemieckie. Na tle jasnego śniegu odcinały się dwa cienie, umykające co sił w nogach w stronę lasu . . . Kanonierzy wyskakiwali z bronią w ręku, ale na rozległym, ośnieżonym polu nie było widać nikogo. Mimo to zajmowali pozycje obok stajni w obawie przed niespodziewanym atakiem . . . Ze spania nic już nie wyszło, do lasu jednak się nie wybrali, obawiając się zasadzki . . .”.

            Dowódca pułku powiadomiony o nocnym wydarzeniu nie chciał w te informacje uwierzyć, żaden bowiem z rozstawionych okrężnie posterunków wartowniczych nie dostrzegł „ nocnych gości ”. Na wszelki jednak wypadek  rozkazano plutonowi zwiadu przeczesać o świcie pobliski las. Znaleziono tam jedynie ślady po hitlerowcach. Ten pierwszy, nieco oryginalny kontakt z wrogiem uświadomił żołnierzom bliskość frontu i wszystkie wynikające z tego faktu konsekwencje.

            Dwudziestego siódmego lutego dywizjon otrzymał rozkaz wymarszu. Oddział wyruszył w kierunku Barnimia, skąd do pierwszej linii pozostawało mu zaledwie kilka kilometrów. „ Po północnej stronie, za linią wzgórz, cieniutka kreska lasu znaczyła pozycje niemieckie . . .”. 

 

                                                                                          Przemysław Bartosik