Na robotach w Alt Prochnow

 

W niewielkiej wsi Próchnowo, położonej nad jez. Betyńskim w odległości 10 km na południowy wschód od Mirosławca, znajduje się zabytkowy pałac wraz z zachowanym doń kompleksem budynków gospodarczych. Po wojnie stacjonowało tu Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR), dziś to teren prywatny. Wśród mieszkańców naszego powiatu niewielu zapewne słyszało, że w czasie II wojny światowej na terenie niemieckiego majątku ziemskiego w Próchnowie (Alt Prochnow) znajdował się obóz pracy, w którym przetrzymywani byli robotnicy przymusowi i jeńcy wojenni różnych narodowości. Ich liczbę szacuje się na ok. 250 osób. Najwięcej było jeńców rosyjskich, których odizolowano od reszty obozu i traktowano w szczególnie brutalny sposób.

 

            Próchnowo istniało już prawdopodobnie w XIV wieku, jego nazwa pojawia się bowiem w nowomarchijskim „Landbuchu” z 1337 roku. W roku 1490 wieś została przekazana przez margrabiów brandenburskich jako lenno Wedlom-Tuczyńskim. Do 1816 r. jako enklawa brandenburska należała administracyjnie do Nowej Marchii.  W różnych okresach dziejowych wieś znajdowała się w posiadaniu m.in. rodziny Borków, Anklam, Beckendorff, Borcke i Schmiedeberg. Pod koniec XIX wieku na terenie Próchnowa powstał kapitalistyczny folwark, który funkcjonował w oparciu o pracę najemną. Przed I wojną światową pracowali tu robotnicy sezonowi, sprowadzani przez pruskich junkrów ze środkowej Polski. W 1940 r. do obozu pracy przyjechała pierwsza grupa polskich robotników przymusowych. Do byłego obozu wjeżdżało się przez bramę, za którą znajduje się obszerny prostokątny dziedziniec, którego odnogi łączą poszczególne budynki gospodarcze. Budynki te wykonane zostały z czerwonej cegły oraz kamienia. Naprzeciw bramy wjazdowej do majątku, w odległości kilkunastu metrów stoi jednopiętrowy pałac, przy którym zachował się również okazały park. Cały kompleks położony jest na naturalnym wzniesieniu, które po bokach rozdzielone jest dwoma tunelami, odchodzącymi w dół, w kierunku jeziora Betyń. Od strony zachodniej majątku znajduje się kościół, do którego w czasie wojny uczęszczali robotnicy i jeńcy.

Na podstawie zachowanych dokumentów możemy stwierdzić, że do końca wojny w próchnowskim majątku przebywało m.in. 60 Polaków, 45 Francuzów, 15 Belgów (ulokowani byli w łagrze zorganizowanym w pomieszczeniach budynku mieszkalnego, w 1942 r. zostali zabrani do obozu w Czarnem – Hammerstein), 100 Rosjan (jeńcy wojenni zajęli pomieszczenia zajmowane wcześniej przez jeńców francuskich), 20 Włochów (przybyli w 1944 r., jeńców włoskich traktowano na równi z jeńcami radzieckimi, byli strasznie bici) oraz 30 Żydów.

            O przyjeździe do Próchnowa w 1940 roku wspominał po wojnie były robotnik przymusowy Stanisław Budziński. – Zabrany zostałem w czasie łapanki w Chełmie Lubelskim i przewieziony autem z kilkuset innymi Polakami do Warszawy na ulicę Grójecką, gdzie trzymano nas przez kilka dni. Tam siedzieliśmy i byliśmy badani oraz szczepieni przeciw durowi brzusznemu. Następnie transportem kolejowym, w towarowych wagonach, przy udziale konwojentów z urzędu pracy jechaliśmy do Niemiec. Droga trwała dwa dni. W czasie jazdy otrzymywaliśmy marmoladę i chleb z czarną kawą. Kilka osób, jak mi wiadomo, uciekło z tego transportu, który liczył kilkadziesiąt wagonów. Przyjechaliśmy do Piły na wiosnę. Tutaj dopiero zobaczyłem ilu nas jechało. Dwójkami maszerowaliśmy do obozu przejściowego, mieszczącego się w drugim końcu miasta. Operacja ta odbyła się w późnych godzinach wieczornych. Tutaj zjawiło się więcej uzbrojonych Niemców, którzy traktowali nas jak więźniów. Obóz przedstawiał sobą duże pole ogrodzone drutem kolczastym, z wieżyczkami strażniczymi oraz kilkunastoma rzędami baraków. Byliśmy przekonani, że jesteśmy w obozie koncentracyjnym o którym już coś nieco wiedzieliśmy. Baraki były jeszcze częściowo puste, a w innych mieszkali Polacy, cywile. Dopiero w maju 1940 r. – tzn. po pobycie w Pile ok. jednego miesiąca wyczytywano nas i ustawiano w szeregu. Odmaszerowaliśmy pod eskortą do pociągu, tym razem osobowego, który jechał w kierunku Wałcza.

Grupa nasza liczyła ok. 300 osób, byli to sami mężczyźni – relacjonuje S. Budziński.         – Ja dojechałem do Wałcza z ok. 50 kolegami i z dworca skierowano nas do Arbeitsamtu, skąd jeszcze tego samego dnia konwojent tego urzędu skierował nas do wsi Próchnowo (Alt Prochnow). Dojechaliśmy tam autobusem. Grupa nasza w Wałczu została rozdzielona na kilka grup. Ja znalazłem się w największej liczącej 20 osób. Przydzielono nas do pracy w majątku, gdzie teraz jest PGR.

            Na podstawie lokalnych opowiadań o obozie pracy wspomina Jan Pawlik – długoletni pracownik tutejszego PGR-u, mieszkaniec Próchnowa od 1947 r. – Tuż obok mojego domu, w którym obecnie mieszkam, znajduje się budynek po byłej stołówce, która w czasie wojny była przeznaczona dla robotników przymusowych i jeńców wojennych. Tutaj spożywali oni posiłki, piekli również chleb. Po wojnie była tu kiedyś świetlica, obecnie budynek jest pusty. W jednym pomieszczeniu jest teraz sklep spożywczy. Oprócz budynków gospodarczych, w których zlokalizowani byli „niewolnicy”, w pobliżu majątku znajdowały się dwa baraki – opowiada J. Pawlik. – Zrobione były one z blachy. Po takim jednym, po rozbiórce, wykorzystałem blachę jako płot, który stoi na moim podwórzu do dnia dzisiejszego. Po wojnie cały majątek wraz z pałacem przejęli początkowo Rosjanie, później żołnierze polscy. Niemcy przebywali w Próchnowie do 1948 r., mieszkali w tzw. czworakach, na ich miejscu zbudowane są teraz bloki. Niemcy pracowali z nami na polu, zostali z czasem wysiedleni za Odrę, do Próchnowa już nie wrócili.

            Spośród kolegów, którzy pracowali w Próchnowie zapamiętałem następujące nazwiska – relacjonuje Stanisław Budziński. – Byli to Józef Parys (pochodził z bydgoskiego, zabrany na przymusowe roboty), Józef Przybysz (również z bydgoskiego, pracował jako ślusarz w warsztatach naprawy maszyn rolniczych w majątku), Tadeusz Karkowski – pochodził z Poznania, Stanisław Mila – z poznańskiego, Jan Gębiak – z Koła, Miller – pochodził spod Częstochowy, Kaźmierczak – z kieleckiego, Artur Wiwatowski – z poznańskiego oraz Józef Chmielewski z Warszawy.

            Wg wspomnień S. Budzińskiego możemy dowiedzieć się, jak wyglądało życie codzienne robotników przymusowych i jeńców wojennych w obozie. – Żydzi wprawdzie mieszkali na terenie majątku, lecz nie pracowali na roli, tylko budowali drogę między Próchnowem, a Nowym Próchnowem – opowiadał S. Budziński. – Niedługo potem, chyba w sierpniu 1940 r. zostali oni wywiezieni w niewiadomym dla mnie kierunku. Żydów traktowano bardzo źle, bito ich. Sam widziałem, gdy w czasie gorączki, latem musieli biegiem wracać po pracy do domu, a ci którzy nie mieli siły – byli to sami mężczyźni, poganiani byli przez Niemca, który nieustannie bił ich specjalnym knutem.

- Zdarzył się również taki wypadek, że jeden z kolegów, wymieniony Kaźmierczak w 1943 r. otrzymał list z domu, w którym napisany był zwrot odnoszący się do szybkiego końca wojny, o tym że nasi nie śpią w lasach jak niedźwiedzie, lecz pracują. Pisano coś w tym sensie używając określenia nazi i niedźwiedzie. O liście tym dowiedział się wachmeister i dochodził, kto zna jego treść. Chodziło mu o to, czy Polak rozpowszechniał wiadomości z tego listu, czy zostawił je tylko dla siebie. Nie jest wykluczone, że listy były kontrolowane przez cenzurę. Z tego powodu byłem przesłuchiwany przez policję, pytali się mnie, co wiem o liście. Powiedziałem, że żadnego listu nie czytałem z wyjątkiem tych, które przychodzą na mój adres. W 1942 r. jeden z naszych kolegów uzyskał prawo na urlopowy wyjazd do Generalnej Guberni. Spodziewaliśmy się, że jak przyjedzie to przywiezie wiele wiadomości, lecz on wcale nie wrócił do Próchnowa. Od tego czasu nikt więcej z Polaków nie otrzymał prawa wyjazdu.

- Naszym pierwszym powitaniem był zawsze zwrot „co słychać, kiedy koniec wojny?” – wspominał S. Budziński. - Innym zjawiskiem dającym się odczuć był strach. Zdarzały się również wypadki, gdzie wśród robotników werbowani byli agenci do gestapo, którzy donosili o nastrojach, treści rozmów, kierunkach zainteresowań oraz otrzymywanej korespondencji innych Polaków. Wiadomo także, że na terenie obozu organizowano drobne sabotaże, np. robotnicy nie dokarmiali bydła, po to, żeby dawało mniej mleka.

Wg S. Budzińskiego kontakty Polaków z Francuzami układały się bardzo dobrze, m.in. dzięki Tadeuszowi Karkowskiemu, który w czasie II wojny światowej służył w armii niemieckiej i dostał się do francuskiej niewoli. Znał on język francuski i to bardzo ułatwiało wspólne kontakty. Francuzi otrzymywali więcej listów, paczek z domu oraz z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Kontakty z jeńcami radzieckimi były natomiast bardzo ograniczone, gdyż byli oni pod stałą kontrolą wachmanów. Gdy zostali tylko przywiezieni w 1941 r., zaczęli od razu pracować w polu, zbierając kamienie i układając je w stosy.  Rosjanie byli odizolowani od innych środowisk jenieckich. Przed wyzwoleniem jeden z Rosjan, chłopak lat 30, komunista nazywał się Grigory powiedział mi – wspominał S. Budziński, że był wielokrotnie namawiany do wstąpienia na służbę Wałasową. Nie wiem, co się z nim stało.

 

 

 

Fragmenty zabudowań poniemieckiego majątku w Próchnowie

 

 

 

 

             Płot z blachy po byłych barakach                           Przedwojenny budynek w Próchnowie, w którym        

                   (podwórze Jana Pawlika)                       znajdowała się stołówka dla robotników przymusowych

 

       Na terenie majątku znajdował się pałac. Stan obecny.                 Kościół w Próchnowie, do którego

                             Widok od strony bramy                                             uczęszczali robotnicy przymusowi

 

            Wśród Niemców w majątku był karbowy Herman Kütz. Słynął on wśród wszystkich obcokrajowców jako najgorszy Niemiec – relacjonuje S. Budziński. – Gonił do roboty w święta i niedziele, a kto sprzeciwiał się pokazując nawet posiadane na ten dzień pozwolenie na wyjazd do kościoła w Wałczu, to go nic nie obchodziło. To był powód do bicia. Inny powód to nie kłanianie się. Inny znowu sadysta nazywał się Hans Fischer. On też maltretował Polaków ile chciał. Nie powiedziałbym wiele, gdybym nie wspomniał o losie polskich dzieci we Wrzosach. Mieszkała tu polska rodzina z Pomorza. Byłem świadkiem prześladowania dzieci tej rodziny. Bili je nie tylko niemieccy rówieśnicy, lecz także osoby dorosłe. 

W styczniu 1945 roku zarządzono ewakuację za Odrę. 27 stycznia wyjechałem z Próchnowa – opowiadał S. Budziński. – W maju wróciłem do miejscowości Wrzosy k. Tuczna, gdzie zostałem pierwszym cywilnym pracownikiem majątku, który znajdował się pod administracją Wojska Polskiego. Mieliśmy do dyspozycji kilku Niemców, którzy tutaj znaleźli się w czasie frontu i zostali. Mieszkańcy starzy nie wrócili. Potem jak wojsko opuściło majątek byłem pierwszym jego pracownikiem, zanim zostały zorganizowane władze cywilne Nieruchomości Ziemskich. Pilnowałem majątku przez kilka miesięcy, zanim przybyła załoga. Do pierwszych moich pracowników należeli m.in. Władysław Drzazga, Tadeusz Nowak, Stanisław Badura, Stefan Kwiecień, Andrzej Parada, Stanisław Pietryka, Jan Świderski, Władysław Czaja i inni.

            Próchnowo wraz z całym majątkiem zostało wyzwolone 12 lutego 1945 roku. Niektórzy z mieszkańców twierdzą, że w pałacu znajdował się przez pewien czas szpital frontowy dla żołnierzy. To już jednak zupełnie inna historia...

Przemysław Bartosik

 

P.S. Przy opracowywaniu niniejszego artykułu autor wykorzystał wspomnienia byłego robotnika przymusowego z Próchnowa Stanisława Budzińskiego, spisane przez historyka prof. Tadeusza Gasztolda w 1958 roku. Źródło te stanowi obecnie depozyt w zbiorach specjalnych Biblioteki Głównej Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku.