Ucieczka z ukochanej ojczyzny

 

 W styczniu 1945 roku władze hitlerowskie zarządziły ewakuację ludności niemieckiej z miejsca ich zamieszkania. Taka sytuacja miała miejsce również w całym powiecie wałeckim, kiedy to Niemcy uciekali w panice przed zbliżającymi się wojskami radzieckimi. Dla wielu niemieckich rodzin konieczność opuszczenia domów i pozostawienia dobytku gromadzonego przez wiele pokoleń, była wielką życiową tragedią...

 

Po ofensywie wojsk radzieckich latem i jesienią 1944 roku w kierunku Prus Wschodnich i zajęciu niektórych miejscowości, władze niemieckie zarządziły na tym obszarze ewakuację ludności z terenów położonych najbliżej linii frontów. Pod wpływem szybkich działań wojennych zaplanowana ewakuacja przerodziła się w paniczną i masową ucieczkę ludności niemieckiej na zachód, która trwała do końca wojny, a także później. Przez Pomorze Zachodnie przeciągały w drugiej połowie 1944 r. tysiące uciekinierów, dezorganizując życie prowincji. Zachowane w aktach rejencji pilskiej pismo pełnomocnika gauleitera do spraw przekwaterowań pozwala zorientować się jaka była liczba przesiedlonych w rejencji pilskiej według stanu na dzień 25 grudnia 1944 r. W powiecie wałeckim przebywały z końcem 1944 r. 13.864 osoby przesiedlone z innych rejonów Rzeszy, m.in. z Prus Wschodnich, Pomorza, Berlina i Hamburga.

            Przygotowania do ewakuacji powiatu wałeckiego rozpoczęły się latem 1944 r. We wrześniu na teren powiatu wałeckiego zaczęły przebywać transporty ewakuowanych z Prus Wschodnich. Dla niesienia pomocy uciekinierom zorganizowano tzw. „Komisję Alberta” złożoną z przedstawicieli miejscowych władz, która miała zadanie przygotowania noclegów, żywności, pomocy lekarskiej itp. osobom ewakuowanym. Komisja ta nie spełniła swego zadania, gdyż nie dysponowała ani dostateczną ilością środków, ani też kadrą pracowników.

Ostateczny etap przygotowań do ewakuacji powiatu wałeckiego rozpoczął się w styczniu 1945 roku. Ze znajdującego się w linii umocnień Wału Pomorskiego (Pommernstellung) powiatu wałeckiego miało być wysiedlonych 70 gmin, za wyjątkiem okolic Mirosławca (Märkisch Friedland). Jako rejon docelowy, przejmujący przesiedleńców z Wałcza (Deutsch Krone) i okolic wyznaczono okręg Demmin. Komisarycznym starostą powiatu nadnoteckiego został starosta wałecki dr Carl Knabe. Szybka ofensywa wojsk radzieckich spowodowała, iż już 20 stycznia 1945 r. wieczorem ok. godz. 22 kierownictwo NSDAP powiatu wałeckiego podało umówione hasło „Deszcz”, oznaczające przygotowanie ludności do ewakuacji w głąb Niemiec. Jednocześnie zostało wydane zarządzenie, aby przygotować wszystko, co tylko możliwe do przesiedlenia. Hasło zostało przekazane wszystkim podległym, branym pod uwagę urzędom, jednak zgodnie z przepisami nie zostało przekazane ludności cywilnej.

W poniedziałek, w dniu 22 stycznia 1945 r. odbyła się w Złocieńcu (Falkenburg) narada kierowników politycznych powiatów i starostów, zorganizowana przez gauleitera Schwede-Coburga, na której omówiono wszystkie problemy związane z ewakuacją ludności  i majątku. Problem ewakuacji rozpatrywano raczej od strony technicznej, nie przewidując opuszczenia tych terenów w najbliższych dniach. Błyskawiczne postępy wojsk radzieckich spowodowały, iż już 22 stycznia o godz. 11 kierownik polityczny powiatu (Kreisleiter) zmuszony był ogłosić hasło „Grad”, które podał kierownikom grup miejscowym (Ortsgruppenleitern). Sygnał ten oznaczał natychmiastowy wyjazd zorganizowanych transportów na zachód. Oto treść tego polecenia:

 

 

Wałcz, dnia 22 stycznia 1945 r.

 

Do wszystkich kierowników grup miejscowych

1.      Hasło „Grad”

2.      Zarządzona akcja wysiedleńcza zostaje ograniczona wpierw do wycofania wykwaterowanych oraz do rodzimych kobiet i dzieci. Okręgiem przyjmującym dla nas jest okręg Demmin/Przedpomorze.

Przewodniczący grup lokalnych (partii NSDAP) są odpowiedzialni, żeby wyżej wymienione kolumny znalazły się na jak najkrótszej drodze na zachód od Wału Pomorskiego.

Wszystko natychmiast wyprawić w drogę.

Prowadzący kolumny są zobowiązani trafić do Demmin.

Kierownik polityczny powiatu

gez. Quast

 

 

  Starosta wałecki Carl Knabe

 

            Nie wiadomo, czy hasło dotarło do całej ludności powiatu wałeckiego, bowiem z rozkazu Himmlera ewakuacja została już po 10 minutach wstrzymana. Tego samego dnia kierownictwo NSDAP w Wałczu zarządziło wysiedlanie ludności niemieckiej wraz z dziećmi poniżej 6 roku życia, jednak rozkaz ten także został cofnięty.

Starosta wałecki Carl Knabe został wezwany do dowódcy SS H. Himmlera, który przybył do Wałcza specjalnym pociągiem „Steiermark”. Przyjęty przez osobistego doradcę, szefa Brygady SS Rady Ministrów dr. Brandt’a otrzymał informację mówiącą o tym, iż szef SS osobiście obejmuje dowództwo nad nowo utworzoną grupą armii „Wisła” („Weichsel”). Himmler odwołał także rozkazy ewakuacyjne, gdyż oddziały niemieckie zbliżały się już swoimi czołówkami do Wałcza. W środę, 24 stycznia 1945 r. ok. godz. 21 dotarło do starosty rozporządzenie, by odtransportować ludność niemiecką wraz z dziećmi do 6 roku życia z miejscowości przyfrontowych. Oznaczało to, że sprzed i z linii Wału Pomorskiego powinny być wywiezione wskazane grupy ludności. W piątek, 26 stycznia o godz. 22 ogłoszono hasło „Grad”, zarządzając tym jednocześnie wysiedlenie.

Zastępca gauleitera Pg. Simon’a przekazał wałeckiemu staroście następujący rozkaz: „Szef SS zobowiązuje do wydania rozkazu o przesiedleniu z terenu, który leży oddalony o 30 km od granicy okręgu. Dla następnych 30 km zarządza się „rozluźnienie”. Starosta wałecki omówił rozkaz z kierownikiem politycznym powiatu. Ustalono, że wszystkie miasta z powiatu wałeckiego za wyjątkiem Mirosławca mają zostać wysiedlone. Rozkaz wysiedlania dla poszczególnych miast został wydany dopiero następnego dnia w godzinach porannych, aby uniknąć niepotrzebnego zdenerwowania i niepokoju wśród ludności. Gminy wiejskie zostały powiadomione natychmiast.

Zarządzone wysiedlanie powiatu wałeckiego zostało przeprowadzone według wydanych rozporządzeń w sobotę (27 stycznia). Tereny szczególnie zagrożone przeprowadziły akcję w piątek w nocy. Wysiedlanie podległych staroście wałeckiemu urzędów przebiegało zgodnie z przepisami w trakcie soboty i niedzieli. Urzędom z Wałcza udało się otrzymać 6 zamówionych na kolei wagonów, przy pomocy których starostwo i podległe mu urzędy, jak i administracja miasta mogło uchronić swoje akta. Reszta chronionych dóbr administracji została zapakowana na ciężarówki i opuściła Wałcz w niedzielę w południe, po tym jak czołgi znajdowały się już tylko 5 km od granic miasta. Na jednym z pojazdów przeznaczonym do ewakuacji znalazł się wałecki starosta, który wraz z trzydziestoma osobami opuścił Wałcz. Po nawiązaniu kontaktu starosty z kierownikiem politycznym powiatu, zdecydowano się zorganizować administrację zastępczą w Alt-Lobitz. Miała to być administracja dla gmin należących do Mirosławca, które nie podlegały wysiedlaniu. Plan ten został jednak odrzucony, gdyż i ta część została wkrótce wysiedlona. Po pięciodniowej podróży w lodowatą pogodę i podczas silnej śnieżycy wywieziona część administracji Wałcza dotarła ciężarówkami do miejsca schronienia w Demmin. Część wywieziona koleją dotarła na miejsce już w dniu 30 stycznia 1945 roku.

Z więzienia w Pile (Schneidemühl), z drugiej grupy więźniów, 45 niezdolnych do dalszego marszu pozostawiono w Wałczu. Tylko 28 z nich dotarło 2 II 1945 r. do Szczecina. Z pozostałych 17 rozstrzelano, część zmarła i część zbiegła. Znaczna część polskich robotników znajdowała się w tym czasie w wałeckim szpitalu. Dr Scheil – kierownik urzędu zdrowia w Wałczu, 20 lutego 1945 r. meldował ministrowi spraw wewnętrznych Rzeszy: „W nocy z dnia 27 na 28 stycznia ewakuowałem szpitale w Wałczu i Tucznie i zniszczyłem tajne akta szpitali i inne, które dla nieprzyjaciela mogłyby być ważne”. Na podstawie relacji dr. medycyny Karoli Treppinger wiadomo, że wałecki szpital został ewakuowany do miejscowości Graal. Jeszcze 29 stycznia 1945 roku w szpitalu znajdowali się pacjenci i personel. Ordynator szpitala dr Martens tłumaczył oficerowi Wehrmachtu, że dwa dni wcześniej wyższej rangi dowódca wojsk SS (będący profesorem medycyny) dał mu rozkaz, aby pod żadnym pozorem nie ewakuowano szpitala i nadal prowadzono dyżury.

Gdy rosyjskie oddziały pancerne znajdowały się 12 km od Wałcza, wszystkich pacjentów wraz z personelem przeniesiono do szpitala wojskowego. Całe wyposażenie zostało spakowane i przewiezione przez żołnierzy. Kierownictwo nad transportem szpitala z około 100 pacjentów i personelem objął dr Mesewinkel. Odcinek 50 km drogą kolejową trwał 24 godziny. Po trzech dniach udało się przekroczyć Odrę w okolicach Szczecina. Celem podróży było miasto Demmin. Podjęto jednak decyzję o ewakuacji wałeckiego szpitala w kierunku miejscowości Rostock i jego okolic. W lutym 1945 roku dotarto do miejscowości Graal. Cały personel wraz z pacjentami został ulokowany w budynku sióstr zakonnych. Dr Mesewinkel przejął po roku 1945 stację chorób zakaźnych, która mieściła się w zamku myśliwskim w Gelbensande, natomiast dr Treppinger została w klinice chirurgicznej w Rostock. Większość pacjentów z Wałcza znalazła swoje miejsce spoczynku na cmentarzu w Graal-Müritz. 8 maja 1945 roku został tam pochowany m.in. burmistrz Wałcza Arthur Kleinitz.

 

Próba oceny

 

W swoim sprawozdaniu z 14 kwietnia 1945 roku starosta wałecki tłumaczył, iż ewakuacja niemieckich władz administracyjnych i niemieckiej ludności z Wałcza i powiatu wałeckiego przebiegałaby w sposób bardziej planowy i uporządkowany, gdyby zarządy prowincji lepiej ją przygotowały. Stwierdził m.in. że „[...] Wysiedlanie nie leżało w gestii urzędów państwowych, lecz w rękach partii. Brakowało dokładnego terminarza wysiedlania. Stwierdzono zupełnie po prostu, że aby wywieźć z okręgu Wałcza zboże potrzeba 1.700 wagonów towarowych, zaś do wywiezienia ziemniaków potrzeba 10.000 wagonów. Ale czy kolej była w stanie podstawić taką ilość wagonów, nie zostało ustalone. Nie zostały również określone miejsca przeładunku. Wysiedlanie nastąpiło wręcz w środkowej fazie jego przygotowywania. Przygotowany przez Kierownictwo Okręgowe tzw. „Terminarz wysiedlania” został mi przekazany, do dalszego przekazania Komisarzowi Obrony w dniu 20 stycznia 1945 roku [...]”.

             Z wspomnianego sprawozdania dowiadujemy się także, iż wysiedlenie dla sektora gospodarki nie zostało należycie przygotowane. Np. firma „Merseburger” z Jastrowia (Jastrow) zażądała już w trakcie wysiedlania wagonów, aby wywieźć pół miliona cygaretek oraz 30.000 kg nie przerobionego tytoniu. Również administracja wojskowa Bornego Sulinowa (Gross Born) zgłaszała podczas całej akcji zapotrzebowanie na 440 wagonów, w celu ochronienia mienia wojskowego. Inne materiały podają, że w pośpiechu sytuacja tak się skomplikowała z braku środków transportu, żywności i ograniczonej przepustowości dróg, iż władze straciły panowanie nad sytuacją. Spowodowało to krytyczne uwagi samego Franza Schwede-Coburga, który w piśmie rozesłanym do starostów piętnował władze wałeckie za nieudolność organizacyjną. Bałagan pogłębiał brak przede wszystkim transportu oraz niechęć ludności do ucieczki w warunkach ostrej zimy 1945 r. Stały się powszechne dezercje wśród robotników przymusowych, którzy opuszczali swoich pracodawców co wpłynęło na „[...] opóźnianie opróżniania niektórych miejscowości, gdyż pozostały w nich tylko kobiety i dzieci [...]”. 

W czasie ewakuacji dochodziło do konfliktów między robotnikami, a pracodawcami i władzami hitlerowskimi. W wielu przypadkach konflikty te kończyły się śmiercią robotnika przymusowego, co ilustruje wybrany przykład z Witankowa. Za odmowę udziału w ewakuacji został zamordowany w bliżej nie ustalonych okolicznościach Władysław Marczuk, urodzony 2 II 1910 r. zatrudniony w gospodarstwie w Witankowie. Na przełomie stycznia i lutego 1945 r. w Jastrowiu w powiecie wałeckim przed wycofaniem się niemieckich oddziałów wojskowych ewakuowano zatrudnionych tu polskich robotników przymusowych. Niektórzy z nich po kilku kilometrach oderwali się od kolumny i wrócili do Jastrowia. Nazajutrz po wyzwoleniu miasta, w rejonie obozu dla polskich robotników przymusowych znaleziono zwłoki 8 Polaków z postrzałami w tył głowy. Dalsze zwłoki pomordowanych w ten sam sposób Polaków znaleziono na terenie gospodarstwa rolnego Maxa Schellinga (6 osób) oraz w jednym z pomieszczeń piekarni Lothara Blenkle (również 6 osób).

Kolejnym problemem w przeprowadzeniu ewakuacji Wałcza i powiatu wałeckiego było utrzymywanie połączeń pomiędzy Kierownictwem Okręgowym, a podległymi mu urzędami. Poczta bezwzględnie odcinała połączenia telefoniczne w celu utrzymywania wolnych łączy dla wojska. W tym miejscu należy zaznaczyć, że w Wałczu zlokalizowanych było wiele sztabów, które potrzebowały wielu linii. Z dnia na dzień zmniejszały się możliwości nawiązywania telefonicznego kontaktu z burmistrzami na wsiach, z żandarmerią, a nawet z burmistrzami innych miast. Każdy inny sposób nawiązywania łączności zawodził coraz bardziej. Zerwana była komunikacja kolejowa. To samo dotyczyło komunikacji samochodowej. Benzyna była tak ciężko dostępna, że nie można było jeździć, w dodatku możliwości używania samochodów całkowicie wykluczały zamiecie śnieżne.

            Trudno dokładnie ustalić jaką liczbę ludności niemieckiej z Wałcza i okolicy objęła ewakuacja i ucieczka. Trudno również oszacować straty niemieckiej ludności cywilnej w czasie ucieczki przed zbliżającym się frontem. Część Niemców z powiatu wałeckiego poniosła śmierć w drodze na zachód, inni wpadli w ręce wroga. Wielu z nich zakończyło swój żywot z ręki Rosjan, np. w Skrzatuszu. Inny problem to straty materialne ludności niemieckiej powiatu wałeckiego. Na podstawie materiałów, znajdujących się w Archiwum w Szczecinku, 90 % budynków mieszkalnych i gospodarczych w Człopie uległo dewastacji w wyniku przeprowadzonej ewakuacji powiatu, zmierzającej do zniszczenia jego zasobów gospodarczych i całkowitego wyludnienia. Materiały te podają, że władze hitlerowskie zdawały sobie sprawę, że obszary na wschód od Odry po wojnie wrócą do Polski. Celowo więc niszczono żywy inwentarz, obiekty gospodarcze, budynki mieszkalne i fabryki. Teza o zdewastowaniu Człopy przez Niemców nie wydaje się jednak przekonująca, gdyż zaprzeczają temu relacje Niemców, którzy wrócili do miasta tuż po wyzwoleniu. Można sądzić, że sprawa ta wygląda podobnie w innych miejscowościach powiatu wałeckiego. Np. Wałcz nie był zniszczony. Niemcy podobnie, jak umocnienia, budynki w mieście pozostawili nietknięte. Grabili i niszczyli ci, którzy przyszli za frontem...

Przemysław Bartosik