W czasach terroru...

... pozostały tylko ślady zbrodni, czyli o walce z okupantem hitlerowskim i niewoli polskich robotników przymusowych na ziemi wałeckiej w latach 1939–1945

 

Ruch oporu w latach II wojny światowej posiadał swoją specyfikę. Jedną z form działalności antyhitlerowskiej były ucieczki, których podejmowali się jeńcy wojenni oraz robotnicy przymusowi. Znajdowali się oni w zlokalizowanych w naszym regionie obozach przejściowych i zbiorczych. Inną z form walki z okupantem była propaganda szeptana, której treści przemycano do środowisk ludności niemieckiej obniżając jej morale. Była to broń bardzo skuteczna. Metodą walki była także działalność konspiracyjna, mająca za zadanie prowadzenie pracy agitacyjnej na zewnątrz. Taki sztab znajdował się w powiecie wałeckim w miejscowości Sypniewo (Zippnow).

 

            Z dotychczasowych badań naukowych wynika, że w latach 1939-1945 na terenie powiatu wałeckiego było przynajmniej 17 obozów dla robotników przymusowych oraz ok. 34 jenieckich drużyn. Na podstawie dokumentów niemieckich dysponujemy wykazem 24 grup roboczych (Kriegsgefangenenarbeitskommando) narodowości polskiej, angielskiej, francuskiej, radzieckiej, ukraińskiej, amerykańskiej i jugosłowiańskiej. To właśnie te grupy ludności mogły podejmować ucieczki z takich obozów jak: Bobrowo (Baberow), Broczyno (Brotzen), Brzeźnica (Briesenitz), Chlebowo (Kosenberg), Dłusko (Gramsewalde), Dzikowo (Dyck), Górki (Ludwigstahl), Jaraczewo (Klein Wittenberg), Jastrowie (Jastrow), Mielęcin (Mellentin), Olszynka (Elsenfeld), Różanka (Rosen Gut), Rutwica (Harmelsdorf), Strączno (Stranz), Szczuczarz (Zützer), Szydłowo (Gross Wittenberg), Trzebin (Trebbin) czy Tuczno (Tütz). Najwięcej jeńców przetrzymywano w Tucznie – 800 narodowości radzieckiej.

Niemieckie szkice Wałcza przedstawiają m.in. sieć oflagów (obozów oficerskich) w pobliżu cmentarza, znajdującego się na Dolnym Mieście, obozy żołnierskie (stalagi) przy ul. Chełmińskiej, Gdańskiej, w okolicy ul. Nowomiejskiej i Wroniej, oraz na ul. Kościuszki i Szopena. W tym ostatnim obozie osadzono 150 jeńców narodowości radzieckiej. „Franzosenlager”, gdzie przetrzymywano 200 Francuzów znajdował się na Raduniu (Deutsch Krone Westbahnhof). W połowie 1944 roku utworzono w Wałczu i jego okolicach kilka specjalnych obozów pracy nad fortyfikacjami obronnymi, które nazywały się „Einsatzlager”. Zatrudniano przy ich budowie jeńców wojennych oraz robotników cywilnych pod kierownictwem „Organisation Todt”. Taki obóz pracy zlokalizowano na ul. Wroniej. Podobny obóz znajdował się w Mielęcinie, gdzie działała żwirownia oraz duży zakład produkcji płyt i belek żelbetowych, używanych do budowy bunkrów na Wale Pomorskim. Krążyły tutaj ciężarowe samochody i jeździła wąskotorowa kolejka. Żwirownia zachowała się do dzisiaj.

Pobyt na robotach przymusowych w Wałczu wspominał Zdzisław Wyszyński: „[...] Z grupą około 60-70 osób skierowano mnie do Wałcza (Deutsch Krone). [...] Załadowano nas do pociągu, który nadjechał, i po godzinie jazdy byliśmy na miejscu [...] Wyszliśmy przez pusty hol dworca na podjazd. Stała tam grupa ospałych osobników. Bez żadnych informacji, bez niczego ludzie ci zaczęli nas oglądać od głów do stóp [...] Pierwsi nasi koledzy zostali dosłownie pociągnięci za rękawy do stojących opodal dworca furmanek. A więc to są nasi pracodawcy [...]”. Tak wyglądał przydział do pracy w Wałczu. Robotników odbierano na dworcu a następnie rozwożono po miejscowych pracodawcach. Zdzisław Wyszyński został zatrudniony przy kopaniu okopów w Miłogoszczy (Mehlgast): „[...] Byliśmy głodni, ale pracować trzeba było w obawie przed karami. Byłem świadkiem jak nadzorujący nas tramwajarze ze Szczecina bili za byle co. Sam otrzymałem porcję batów za rozmowę w czasie pracy. [...] Tworzyliśmy trzy linie transzei. Budowano także rowy przeciwczołgowe. [...] W pracach tych uczestniczyła także ludność niemiecka, którą przywożono specjalnymi pociągami w rejon robót [...]”. Wyszyński pracował w warunkach nie do wytrzymania. Dokuczał głód i chłód. Pod koniec stycznia 1945 r. podjął próbę ucieczki. Udało mu się.

Zachowała się inna relacja z ucieczki grupy polskich jeńców wojennych i robotników cywilnych z Białogardu, którzy przedostawali się m.in. przez powiat wałecki. Tak opowiadał A. Wanka: „ [...] Próbowałem uciekać kilka razy, lecz bez skutku. W 1942 roku w sierpniu wspólnie z Ryszardem Kotowiczem z Radomia i Romanem Szwejkiem z Katowic [...] przygotowaliśmy ubrania, zapas żywności i [...] przez wąską szczelinę w kratach okna w nocy wydostaliśmy się na podwórze. Musieliśmy to robić rozebrani, gdyż inaczej nie można było przecisnąć się przez otwór okna. [...] W okolicy Tuczna nocowaliśmy w bunkrze. Jakież było nasze zdziwienie, gdy do bunkra, w nocy weszły jakieś postacie. Siedzieliśmy cichutko. Dopiero rosyjska mowa tych ludzi przekonała nas, że są tak jak my uciekinierami. Było ich sześciu jeńców radzieckich. Daliśmy im jeść. [...] Nasza grupa sforsowała Noteć i zatrzymała się w lesie koło Czarnkowa [...]”. Zdarzały się także masowe ucieczki, w których uczestniczyło po kilkadziesiąt, a często i więcej osób. Tak było w Pile w roku 1940. Z 26 na 27 marca 70 osób z tartaku i fabryki wyrobów drzewnych pod pretekstem wyjazdu na święta do rodzin w kraju, nie powróciło po świętach do pracy. Po pewnym czasie uciekinierów aresztowano i osadzono w więzieniu pilskim na 2 tygodnie.

Polaków przymusowo zatrudnionych w gospodarstwach rolnych czy w zakładach rzemieślniczych kwaterowano także w innych miejscowościach powiatu wałeckiego. Do nich należeli m.in. N. Nowak – pracował w Różewie; Sylwester Kucharski – pracował na ulicy Wroniej w Wałczu; Bernard Fierek – pracował na fermie srebrnych lisów w Czechyniu (Zechendorf), Michał Szeliga i Franciszek Wleklik pracowali w Mielęcinie; Józef Siarnik – pracował w Wołowych Lasach; Jan Pepliński – pracował w piekarni Heinza Feisnera w Człopie; Barbara W. zatrudniona została w ogrodnictwie Wilhelma Scheinerta w Człopie; Józefa Wydrych pracowała w gospodarstwie w Jaglicach; Adela Mączyńska i Krystyna Bogdańska pracowały od 1940 r. w majątku w Szczuczarzu; Bronisław Fortuna – pracował w Jastrowiu; Piotr Przyborak – pracował w Tucznie. Wielu Polaków pracowało także w majątku Konitzera w Róży Wielkiej (Rose), w majątku rolnym w Rusinowie (Ruschendorf), oraz w majątku Ernesta Klügela w Chwiramie (Quiram) – u Klügela oprócz 17 Polaków pracowało także 40 rosyjskich dziewcząt, 24 jeńców francuskich oraz 6 młodych Niemek – studentek szkoły baletowej. Oprócz wspomnianego Peplińskiego, Wleklika i Nowaka pozostali robotnicy przeżyli okres niewoli. Czy świadkowie tamtych wydarzeń podejmowali jakiekolwiek próby ucieczek ? Tego wykluczyć nie możemy. Na pewno nie było to takie łatwe jak się wydaje. Uruchomiono do ścigania uciekinierów straż wiejską (Landwacht), a nawet pracowników leśnych, kolejarzy i miejscowe społeczności, które aktywnie pomagały w ujawnianiu zbiegów. Dają temu wyraz zachowane niemieckie dokumenty z których dowiadujemy się, że do ścigania uciekinierów angażowano siły policji powiatowej, policji pomocniczej, a nierzadko i wojska. Z pisma landrata wałeckiego (AMPiWP Poznań, rejencja w Pile, sygn. 676, fol. 81) np. dowiadujemy się, że pod koniec 1940 roku na terenie powiatu wałeckiego znajdowało się 1309 Polek i Polaków zatrudnionych głównie w rolnictwie. W piśmie tym dygnitarz hitlerowski stwierdzał, że znane mu są liczne wypadki ucieczek Polaków, jak również nieprzestrzeganie przez polskich robotników przepisów zawartych w licznych zarządzeniach władz [...]”. W końcowym fragmencie wspomnianego dokumentu czytamy: „[...] Policja jest szczupła i w związku z tym są podstawowe trudności w utrzymaniu porządku wśród Polaków [...]”. Zachowały się jednak dokumenty z działalności policji w tym okresie np. mandat wystawiony Polakowi przez policję w Człopie przy ul. Bydgoskiej (Königsbergerstrasse). Polak pracował jako robotnik przymusowy w miejscowej Fabryce Maszyn. Nie wiadomo tak naprawdę za co otrzymał mandat, który wystawiono w roku 1944 przy mieszkaniu niejakiego Vandrey’a (Nr. Akt. IV St. L 218). Na podstawie innych dokumentów wiemy o pobiciu Jana Peplińskiego przez miejscowych żandarmów w Człopie. W połowie marca 1943 roku Pepliński został aresztowany. Przyczyną było doniesienie piekarza Heinza Feisnera, u którego Polak pracował. Pomiędzy nim i Feisnerem doszło do kłótni i rękoczynów. Wkrótce sprawę przejęło pilskie Gestapo. 31 marca Peplińskiego powieszono publicznie, na oczach polskich robotników. Egzekucję przeprowadzono na leśnej polanie w odległości ok. 160 metrów od szosy Człopa–Tuczno. Obok wiszących zwłok Peplińskiego do zebranych Polaków przemówił jeden z funkcjonariuszy. Groził, że taki sam los czeka każdego, kto ośmieli się podnieść rękę na niemieckiego pracodawcę. Drzewo, na którym powieszono Polaka stoi po dziś dzień.

Podobny był przebieg i okoliczności powieszenia w Różewie latem 1942 roku polskiego robotnika przymusowego N. Nowaka. I tym razem przyczyną „potraktowania specjalnego” przez Gestapo był zatarg Polaka ze swym niemieckim pracodawcą Friske, właścicielem gospodarstwa rolnego w Różewie. W takich samych okolicznościach powieszono w 1943 r. nieznanego z nazwiska i imienia Polaka z Róży Wielkiej. Przyczyną powieszenia w podobny sposób i bez wyroku sądowego polskiego robotnika przymusowego w Rusinowie był zarzut utrzymywania zakazanych kontaktów z niemiecką kobietą. Przytoczone przykłady z powiatu wałeckiego dostatecznie świadczą o istniejącym systemie terroru jako elementu ludobójczego polityki hitlerowskiej III Rzeszy.

Ważną rolę pełniła w tym czasie propaganda szeptana, która oddziaływała na Polaków budząc uczucia patriotyczne i wiarę w przetrwanie. Źródłem propagandy szeptanej były w dużej części wiadomości napływające z kraju. Przywozili je Polacy stale deportowani do robót przymusowych. Wiadomości z frontu zdobywano różnymi sposobami, często od żołnierzy niemieckich, którzy przybywali na urlopy. Ważną rolę w kolportowaniu wiadomości odgrywały także listy, które były przez Niemców sprawdzane, a ich autorzy i adresaci często pociągani do odpowiedzialności. Na podstawie akt pilskiego gestapo z kwietnia 1940 r. warto zapoznać się z listem przełożonej siostry zakonnej w Klasztorze w Tucznie, Salomei Sankowskiej. List został przez gestapo przechwycony, a autorka jego, narodowości polskiej, osadzona w więzieniu. Cytowane przez meldunek policyjny fragmenty listu brzmiały następująco: „[...] o wojnie mamy wiadomości, że Francuzi wysadzili w powietrze most na Renie. 12 niemieckich dywizji poddało się Francuzom [...]”. Autorka listu pisała do swojego brata po polsku, mimo że znała doskonale język niemiecki, jak stwierdziło gestapo w raporcie. Nie wiadomo, jaki spotkał ją los, gdyż w aktach brak na ten temat dalszych wzmianek. Podobną treść zawierał list napisany przez Edmunda Świercza, ur. 30 czerwca 1919 r., zatrudnionego w Nakielnie (Kl. Nakel). Pisał on w czerwcu 1940 r. w liście do kolegi, przechwyconym przez policję: „[...] gdy pojedziemy do Polski dowiemy się ile tam Polaków zamordowano. Było tam już kilka powstań, ale wybuchły one za wcześnie. Cierpliwie trzeba czekać do maja, a potem rozpocząć powstanie. Tu nie mamy do kogo się zwrócić, bo myślą, że chcemy wywołać powstanie [...]”. Innym przykładem jest list Leona Wawrzyniaka, zatrudnionego również w Nakielnie koło Wałcza. W liście do narzeczonej w kraju donosił: „[...] Czuję, że coś się dzieje. [...] My trzymamy ich tu mocno w ręku. Oni boją się nas jak ognia. Tutaj prawie wszyscy poszli do wojska. Mało kto pozostał, tylko kaleki, jak się na nich dmuchnie wywracają się [...]. List L. Wawrzyniaka został przechwycony, a autora aresztowano i osadzono w wychowawczym obozie pracy. Inny Polak J. Kokowski został zmuszony do pracy przymusowej w Strącznie. W jego liście z 1940 r. czytamy m.in. „[...] Tak, takie są czasy, ale możemy mieć nadzieję, że wkrótce będzie inaczej, że sprawiedliwość zwycięży [...] Wiosna zbliża się, wrogowie zostaną pobici, a w świecie zapanuje prawdziwy spokój [...]”. Jak widać, w przedstawionych powyżej listach znajdujemy m.in. dowody niezależnych poglądów, potępiających wywołane przez hitlerowców wojny, okrucieństwa polityki okupacyjnej, itp.

Inną metodą walki z okupantem była działalność konspiracyjna, mająca za zadanie prowadzenie pracy agitacyjnej na zewnątrz. Na podstawie wspomnień A. Ceglarskiego wiemy, że we wsi Sypniewo (Zippnow) grupę konspiracyjną zorganizował Jan Kopeć, były kapitan Wojska Polskiego. Pracował on jako robotnik cywilny. Miejscem spotkań tej grupy był miejscowy tartak, gdzie Polacy mieli ukryte radio, którego słuchali w nocy. W Sypniewie istniał schowek na broń zdobytą od Niemców. Dalszą broń miano uzyskać ze zrzutów samolotów alianckich. Informacje o czasie i miejscu zrzutów przychodziły z obozu oficerów polskich w Kłominie, odległym od wsi zaledwie o jeden kilometr. Przemycali je woźnice, szeregowcy, którzy należeli do batalionu obsługi. Mówiąc o obozie w Kłominie należy wspomnieć o grobach, ujawnionych dopiero w 1962 roku w lesie na północny zachód od Sypniewa. Badania wykazały, iż w zbiorowych mogiłach położonych w rejonie byłego Stalagu II H znajduje się co najmniej kilkanaście tysięcy zwłok jeńców radzieckich. M. Sadzewicz pisał na ten temat: „[...] Obóz polski sąsiadował z tzw. obozem dolnym zajętym przez jeńców radzieckich. Wymarło ich ok. 12 tysięcy. Zostali oni pochowani w rowach w kierunku zachodnim od obozu dolnego. Po przekwaterowaniu do dolnego obozu Polacy stwierdzili istnienie izb tortur z dzwonem z drutu kolczastego oraz materacami z takiego drutu, ślady rozszteliwań oraz napisy na ścianach, pozostawione przez jeńców radzieckich, o popełnionych przez hitlerowców zbrodniach [...]”.

Jak już wspomniałem, warunki bytowania i pracy polskich robotników były bardzo trudne. Było to konsekwencją eksterminacyjnej polityki hitlerowskiej. Stąd dziesiątki różnego rodzaju zarządzeń i okólników, drobiazgowo regulujących życie polskich robotników przymusowych. Jedna z wielu ulotek kolportowana wśród właścicieli majątków oraz zakładów pracy w Wałczu podaje: „ [...] Polscy jeńcy wojenni i inni członkowie tego narodu przybywają teraz do nas, gdyż są nam potrzebni jako siła robocza na wsi i w fabrykach. [...] Niemcy ! Polak nie będzie nigdy waszym towarzyszem. [...] Niech każdy z was pokaże, że przy współżyciu z ludźmi obcych narodowości potrafi w każdej chwili zdać egzamin jako prawdziwy Niemiec [...]”. W dniu 8 marca 1940 roku ukazało się zarządzenie H. Himmlera, w którym w punkcie 7 czytamy: „Spółkowanie z kobietą niemiecką lub mężczyzną niemieckim, względnie zbliżenie niemoralne do nich będzie karane śmiercią”. Przepis ten realizowany był z całą surowością. Z rąk hitlerowskich zginęły tysiące Polaków, którzy weszli w kontakty z Niemkami – bardzo często przez nie sprowokowani. Jak wspominał J. Gębka „[...] Istotnym problemem były sprawy seksualne. Wszyscy mężczyźni niemieccy byli poza domem. Pozostały Niemki. Odbywały się istne polowania na mężczyzn [...]”. Jak podaje raport dzienny nr 2 Gestapo w Pile z dnia 20 stycznia 1940 roku, za nie udowodnione kontakty z polskimi jeńcami zatrzymano w Mielęcinie Niemki Elżbietę i Bertę, którym zarzucano spotkania i rozmowy z Polakami oraz dostarczanie im żywności.

Hitlerowcy starali się nadawać egzekucjom rozgłos, aby zastraszyć Polaków konsekwencjami, jakie im grożą za kontakty z Niemkami. Ściągano pracujących w okolicy, zmuszając ich do przyglądania się morderstwom. Przebieg takiej egzekucji w Mielęcinie opisuje M. Szeliga: „[...] Zebrano kilkuset Polaków z całej okolicy. Ustawiono nas w czworoboku. Ofiarę przywieziono samochodem. Założono stryczek na szyję, umocowany na gałęzi drzewa. Po tych czynnościach wystąpił jeden z oprawców, który koślawym językiem, przypominającym mowę polską powiedział: - Otóż widzita tego Polaka, który będzie zaraz tu wisiał. Niejeden z was jest ciekaw, za co on będzie wisiał. On utrzymywał miłość z niemiecką dziewczyną i został skazany na karę śmierci przez powieszenie. A nasza niemiecka krew jest czysta; który z was to popełni, to samo go czeka [...] A teraz jesteśta odpuszczeni i idźta do swoich zajęć. Kończąc te słowa hitlerowiec dał znak kierowcy. Samochód ruszył. Egzekucja została wykonana. Rozeszliśmy się przygnębieni, zmaltretowani, zgrzytając zębami i wynosząc w sercach głębokie przekonanie o potrzebie zemsty nad hitlerowcami [...]”. Drzewo, na którym powieszono Polaka stoi przy polnej drodze w Mielęcinie do dnia dzisiejszego. Widnieje na nim tabliczka z napisem: „Tu zginął z rąk zbirów hitlerowskich dnia 30 kwietnia 1941 r. nasz najdroższy ojciec Franciszek Wleklik. Cześć Jego pamięci”.

W czasie swojego pobytu u pracodawców robotnicy szczególnie odczuwali niedostatek żywności. Problem ten rozwiązywano różnymi sposobami, najczęściej drogą wzajemnej wymiany między robotnikami zatrudnionymi u innych gospodarzy. W Strącznie Polacy, a także Rosjanie, wspierani byli przez jeńców amerykańskich, którzy pracowali w znajdującym się tam majątku Wilhelma Schwillinga. Amerykanie dawali Polakom chleb, konserwy oraz przydziały żywności niemieckiej, której z reguły nie spożywali, gdyż korzystali głównie z paczek żywnościowych otrzymywanych każdego tygodnia. Inni robotnicy z powiatu wałeckiego dobrze wspominali okres niewoli. Krystyna Bogdańska pracująca w niemieckim gospodarstwie w Szczuczarzu tak opowiadała: „ [...] Byłam traktowana dobrze, na ogół dostawałem wynagrodzenie za pracę. Mogłam trzymać kury i jedną świnię, a na kartki miałam prawo kupić sobie pieczywo i podstawowe produkty [...]”.      

Zachowane częściowo raporty dzienne oraz zestawienia miesięczne sporządzone przez pilskie gestapo, wykazują dużą aktywność tej placówki w represjonowaniu robotników. W dokumentach tych znajdujemy często uwagi stwierdzające niedostateczną wydajność pracy Polaków w powiecie wałeckim. Rozmowę z majstrem na temat pracy wspominał w czasie wojny w Szydłowie Tadeusz Pływacz: „Nic nie chcę więcej od ciebie – mówił majster Anton Fromholtz – pracuj tak jak ja i tyle co ja. Odpowiedziałem, żeby wczuł się w moją sytuację: aresztowany byłem w nocy, zostawiłem rodzinę, dom, ojcowiznę i przywieziony do Szydłowa. Za co ? Czy praca jest w moim interesie, praca tutaj, dla niego, dla tego jak mnie się traktuje, moich rodaków, moją ojczyznę [...]”. O osobistych kontaktach z pracodawcą wspominał także Stanisław Krotoszyński. Zachowała się jego relacja pisemna pt. „Pięć lat niewoli w Sypniewie”. Oto jej fragment: „ [...] Po objęciu pracy „baor” powiedział mi, że do moich obowiązków należy praca w oborze, karmienie krów i koni, dojenie krów, odwożenie mleka itp. Czynności te musiałem wykonywać stale. Sprawdzał [...] w razie spóźnienia się meldował policji. Od bicia żandarmów nie było żadnego odwołania [...] Jedyną formą przeciwstawienia się był drobny sabotaż: niedokarmianie inwentarza, złe wykonywanie pracy np. przy orce [...]”. Pracę w niemieckim gospodarstwie w Jaglicach opisała po wojnie Józefa Wydrych. Zachowały się jej wspomnienia: „ [...] Nigdy nie miałam dni wolnych od pracy. W niedzielę pracowałam bez różnicy, tak jak w każdym dniu. Nie było możliwe, żeby gospodyni puściła mnie do Polaków i Polek, którzy tutaj pracowali. [...] Żądała tylko wykonywania wszystkich jej poleceń [...]”. Inny robotnik W. Pietrzak swoją pracę w Róży w powiecie wałeckim wspominał w ten sposób: „ [...] Mielke był dla mnie dobry. Ale pracowałem dobrze i znałem robotę. Uważał, że im lepiej mnie nakarmi, to więcej zrobię. Stąd znośne warunki mojego bytu. Widać to na tle innego Polaka, który pracował u tego szwaba. Był to Tadeusz Fortuński, młody chłopak lat 17 [...] Mielke zaczął go bić dlatego, że nie umiał wywiązać się z wszystkich obowiązków nakładanych na niego. Musiał prowadzić całe gospodarstwo [...] Pewnego razu przyszedł wachman. Zaczął bić chłopaka. Gospodarz nie powiedział za co. Patrzył. Okazało się, że wachmana wzywał inny bauer. Była to w stosunku do T. Fortuńskiego pomyłka. Mielke nie uważał za stosowne interweniować [...].

Najgorszą sytuację mieli jednak robotnicy zatrudnieni w fabrykach np. przy tajnej produkcji wojskowej. Obowiązywały ich większe ograniczenia w poruszaniu się poza obrębem fabryki. Jako przykład można wymienić fabrykę aparatów telefonicznych oraz podsłuchowych w Jastrowiu. Ludzie pracowali tam w prymitywnych barakach wdychając wyziewy z bakeliciarni. Praca trwała od 10 do 15 godzin dziennie. Często jednak zdarzało się, iż kooperanci nie dostarczali na czas części powodując wstrzymanie produkcji. Od 1943 roku przestoje z tego powodu zdarzały się raz po raz. Na nierytmiczność dostaw surowców i półfabrykatów do wielu fabryk zwracają uwagę także inne źródła. Ale właśnie brak surowców w zakładach stwarzał jedyną szansę wytchnienia dla robotników. W korzystniejszej sytuacji znajdowali się rzemieślnicy, którzy pracowali w swoich zawodach. Mieli większą swobodę osobistą w trakcie pracy i łagodniejszy nadzór ze strony pracodawców, którzy interesowali się w zasadzie tylko jakością gotowego produktu. Samodzielna praca stwarzała jednak okazje do podejrzeń o sabotaż. Bronisław Fortuna zatrudniony jako monter gazowo-wodociągowy w Jastrowiu oskarżony został o sabotaż dlatego, że reperowana przez niego instalacja centralnego ogrzewania nie funkcjonowała sprawnie. Gdyby nie wstawiennictwo pracodawcy Ericha Triebla, aresztowany monter zostałby wysłany do obozu koncentracyjnego pod zarzutem działania na szkodę państwa niemieckiego.

Motywy postępowania Niemców w stosunku do robotników były różne. Decydowały o tym najczęściej – obok obowiązującej propagandy – sprawy bardzo osobiste. Niejaki August Teske z Miłogoszczy przy byle okazji znęcał się nad Polakiem fizycznie i psychicznie i „przyczepiał się” do niego o byle co. Najwięcej Niemiec ten denerwował się każdego dnia po wysłuchaniu komunikatów wojennych, że Niemcy ponoszą porażki. Taki stosunek do robotników przyczyniał się do zwiększenia ilości zachorowań psychicznych. Poniżanie godności osobistej i narodowej w czasie pracy to główne przyczyny tych chorób. W okolicach Tuczna spotykano osoby obłąkane mówiące po polsku. A. Bełkiewicz tak opowiadał: „ [...] Spotkałem Polaka, który sprawiał wrażenie chorego umysłowo. Twierdził, że szuka Polski. Chciałem mu pomóc. Pomocy żadnej nie przyjął. Przedstawiał obraz nędzy: oberwany, brudny, wychudzony. Nieustannie śmiał się. Prosił, żeby go zostawić [...] Było to na jesieni 1944 roku. W lesie [...]”.

Oprócz chorób psychicznych wśród robotników przymusowych miały miejsce różne zachorowania. Na taki stan rzeczy wpływało niedostateczne wyżywienie, brak odzieży oraz zimno. Szybkie tempo pracy wyczerpywało siły ludzkie. Pomoc lekarska udzielana była Polakom właściwie tylko w nagłych wypadkach. „Jak miałam chore nogi, to do doktora w Człopie woził mnie ze Szczuczarza mleczarz” – opowiadała Adela Mączyńska. Na robotach zachorowała na defteryt Barbara W., która pracowała w ogrodnictwie Wilhelma Scheinerta w Człopie. Przebywała ona przez kilka dni w „Szpitalu Adolfa Hitlera”, który mieścił się pod koniec wojny w miejscowej szkole „Adolf Hitler Schule”. Część Polaków, mimo trudności stwarzanych przez przedstawicieli władz hitlerowskich, korzystała z leczenia zamkniętego w szpitalach niemieckich. W takich wypadkach przydzielano im osobne pomieszczenia szpitalne np. w Wałczu. Byli jednak niemieccy lekarze, którzy odnosili się do Polaków bardzo życzliwie. Na wyszczególnienie zasługuje postać doktora Wernera Krolla z Jastrowia, który w okresie wojny pomagał pracującym tam polskim i innym robotnikom przymusowym. Przyjmował Polaków w prywatnym gabinecie, dawał im zwolnienia z pracy oraz wykazywał wobec nich życzliwy stosunek. Dawał im nadzieję...

Rozpoczęta pod koniec stycznia 1945 roku ewakuacja powiatu wałeckiego obejmowała także robotników i jeńców. Zmierzała ona m.in. do zniszczenia wszelkich śladów po miejscach ich pobytu. Znaczna liczba polskich robotników znajdowała się w tym czasie w wałeckim szpitalu. Dr Scheil – kierownik urzędu zdrowia w Wałczu, 20 lutego 1945 r. tak meldował ministrowi spraw wewnętrznych Rzeszy: „W nocy z dnia 27 na 28 stycznia ewakuowałem szpitale w Wałczu i Tucznie i zniszczyłem w obecności urzędnika państwowego p. Deglera tajne akta szpitali i inne, które dla nieprzyjaciela mogłyby być ważne”. Nie wiadomo, skąd wałecki lekarz meldował o ewakuacji szpitali w powiecie wałeckim. Można przypuszczać, że zrobił to w czasie trwającej ucieczki, a nie z Wałcza, gdyż 20 lutego miasto było już zdobyte. Nie możemy jednak wykluczyć, że wspomniany kierownik urzędu zdrowia to dr Karl S., który organizował w wyzwolonym Wałczu zbiorowe, potajemne słuchanie audycji radiowych, przez „jeszcze niemiecki” personel medyczny. Audycje nadawane z terenu Niemiec informowały m.in. o tym, że w Hamburgu i Bremie reaktywują się hitlerowskie organizacje, w związku z czym trzeba unikać wysiedlania za Odrę. Lekarza aresztowano w 1946 roku za kierowanie „hitlerowskim podziemiem” w szpitalu. Nie wiemy, co zawierały tajne akta wałeckiego szpitala ? Czy dotyczyły podjętych w artykule kwestii ? Wszystko możliwe. Zniszczone przez dr Scheil’a (dr Karl’a S.) dokumenty mogły zawierać np. nazwiska polskich robotników przymusowych, miejsca ich pobytu na ziemi wałeckiej czy wreszcie akty zgonu np. Jana Peplińskiego. Takich materiałów w archiwaliach niestety brak.

 

 

Przemysław Bartosik

 

P.S. Pamięć o tych co przeżyli jest godna wspomnień, a historia tamtych wydarzeń warta poznania. Wszystkich zainteresowanych tematem odsyłam m.in. do niemieckich teczek placówki Gestapo w Pile (Geheime Staatspolizei, Staatspolizeistelle Schneidemühl). Przechowywane są one w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Pamiętniki, wspomnienia i relacje polskich jeńców wojennych oraz robotników przymusowych znajdujących się w latach 1939-1945 w powiecie wałeckim, można odnaleźć w archiwaliach koszalińskich i słupskich (np. materiały Archiwum Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Koszalinie). Część relacji i wspomnień uzyskanych po raz pierwszy bądź na nowo znajduje się w zasobach prywatnych autora niniejszego tekstu. 

                                                                                                                                                  PB